niedziela, 7 lipca 2013

Lazy sunday afternoon...


Mój pobyt w Londynie mijał nawet nie wiem kiedy. Dopiero był czwartek, dopiero wsiadałam do samolotu i przeżywałam swój pierwszy lot, a tu już obudziła nas słoneczna niedziela. I choć ten wpis zatytułowałam „Lazy Sunday afternoon…” to wcale tak leniwie się nie zapowiadała. A wszystko za sprawą Arka – autora bloga eatafterreading i szefa kuchni w londyńskiej Portobello Gold (do której mimo najszczerszych chęci nie dotarłam – ale obiecuję Arku, że nadrobię :)).
Umówiliśmy się w samo południe na stacji Holborn. Oczywiście się spóźniłam, bo nie przewidziałam, że w takim mieście mogą być korki… hahaha. W dodatku mój telefon zastrajkował i nie mogłam się nigdzie dodzwonić, więc w duchu się modliłam, żeby Arek okazał się wyrozumiałym człowiekiem. I na szczęście tak było.  Zaczęliśmy od kawy, bo to nasza druga krew jak się okazało i poprosiłam Arka, który niestety nie dysponował zbyt dużą ilością czasu, żeby w skrócie pokazał mi chociaż najbliższą okolicę – czyli Soho, Covent Garden i co tam jeszcze się uda.
Przed wyjazdem zrobiłam sobie krótką listę miejsc, które chciałam zobaczyć w Londynie – na pierwszym miejscu był oczywiście Dominion Theatre z postacią Freddie’go Mercury no i oczywiście od tego miejsca zaczęliśmy wycieczkę.



Potem Arek zaprowadził mnie na Denmark Street. Tam miałam wrażenie że znalazłam się w gitarowo – muzycznym raju. Cudowne miejsce, pełne klimatu i  przyciągających wzrok muzycznych witryn sklepowych. Dla prawdziwych pasjonatów, miejsce naprawdę nieziemskie.


W drodze do China Town szybki rzut oka na Piccadilly Circus i słynnego Erosa, którego ja przechrzciłam na amorka, ale stwierdziłam, że i tak mam w planach odwiedzenie tego miejsca, więc nie będziemy się tu zatrzymywać. Jednak czerwonym budkom telefonicznym nie mogłam się oprzeć :).


Fragment Piccadilly Circus
China Town. Na mojej liście zajęło drugie miejsce. Warto tu jednak spędzić więcej niż chwilę, by nasycić wzrok, węch, słuch i przede wszystkim smak całym dobrodziejstwem azjatyckiej kultury.





 Mnie się udało złapać kilka ciekawych obrazków m.in. przygotowywanie ciasta na pierożki,


dostawę świeżego oleju do głębokiego smażenia,


 owoce nie tylko morza


 i wreszcie mogłam powąchać słynnego duriana. Mówię Wam, nawet przez skórkę ostro jedzie. Nie chcę sobie wyobrażać jak śmierdzi, gdy jest otwarty. A podobno jest pyszny…

Z China Town ruszyliśmy do Covent Garden po drodze mijając kino Odeon przy Leicester Square, gdzie ma miejsce większość premier kinowych. Wygląda imponująco. Mieści w końcu 1683 widzów.



Dotarliśmy do Covent Garden, gdzie przywitał nas tłum ludzi. Jedni stali w kilometrowych kolejkach po najlepszą (podobno) kawę, inni siedzieli na schodach oglądając występy teatru ulicznego, jeszcze inni tłoczyli się przed wejściem do Covent Garden Market.


Tam też skierowaliśmy swoje kroki. Przez przypadek udało mi się sfotografować srebrnego mima, który po chwili zauważył, że robię zdjęcia, ale … nie upomniał się o kasę.

W Covent Garden Market poczułam się jak w kulinarnym blogerskim raju. Ci co prowadzą bloga kulinarnego wiedzą o czym mówię. Kawiarnie, restauracje, puby, sklepy, sklepiki, cudowne wystawy pełne kulinarnych dzieł sztuki a w tym wszystkim cukiernia Lorraine Pascale „The Cupcake Bakehouse”. Tam dopiero były tłumy. Myślę, że to miejsce muszę zobaczyć raz jeszcze i spróbować choć jedną malutką babeczkę.




Na koniec naszego spotkania poszliśmy napić się zimnego piwa. Miałam okazję posmakować prawdziwego angielskiego Ale. Hm… no cóż, powiem tylko tyle, że szału nie ma.  Miałam wrażenie że oprócz bąbelków pozbawione jest ustawowej mocy, ale zimne doskonale ugasiło pragnienie.
Poprosiliśmy barmankę  (tzn. Arek poprosił, bo mnie to by zajęło wieczność), żeby nam zrobiła wspólne zdjęcie. Zapomniałam jednak, że nie wszyscy potrafią moim aparatem robić zdjęcia, więc wyszło jak wyszło, ale pamiątka jest.

Fajnie się rozmawia z kimś, kogo tak naprawdę znało się tylko z sieci. Można ten wirtualny wizerunek w końcu przekuć na żywą osobę, a tego nie zastąpi nawet najbardziej nowoczesny czat czy forum. A zwłaszcza jeśli się spotkają dwie gaduły.
Arku, bardzo Ci dziękuję raz jeszcze za spotkanie i za to, że znalazłeś dla mnie chwilę w tym swoim napiętym grafiku. Dobry z Ciebie przewodnik, dużo się dowiedziałam i wiele zobaczyłam z Twoją pomocą.  I obiecuję, że następnym razem zajrzę do Portobello na specjalność szefa kuchni.
O, prawie zapomniałam! Zanim na dobre sie pożegnaliśmy zahaczyliśmy jeszcze o Neal,s Yard - uliczkę, o której dowiedziałam się z jakiegoś anglojęzycznego bloga. Wpisałam ją na listę moich miejsc, ale oczywiście trafiliśmy akurat na wywóz śmieci, więc... Jednak mimo tego uliczka jest tak urocza, że naprawdę warto tam zajrzeć, na chwilę usiąść i nacieszyć oczy bajkowym klimatem.




Umówiłam się z moją „bandą”, która w tym czasie buszowała po sklepach na Oxford Street, że spotkamy się pod amorkiem na Piccadilly Circus. Kiedy tak do nich szłam odkryłam, że oprócz fotografowania czerwonych piętrusów mam jakiś sentyment do londyńskich taksówek.



 Z Piccadilly Circus poszliśmy spędzić resztę niedzielnego popołudnia na „herbatce” u Królowej. U królowej tzn. w parku Św. Jakuba (St. James’s Park). Kiedy przekroczyliśmy bramę i weszliśmy do parku oczom mym ukazało się … morze ludzkich ciał zalegających na królewskich trawnikach. Ludzie siedzieli, leżeli, grali we frisby, jedli lunch, lody, dzieciaki biegały, królewskie kaczki kwakały, słońce grzało a w górze nieprzerwanie latały helikoptery.





Znaleźliśmy kawałek trawnika i sącząc zimne piwo (ale już nie angielskie) spędziliśmy prawdziwie lazy sunday afternoon…

Za bramą ... The Mall wprost do Pałacu Buckingham

 Kiedy szliśmy na przystanek autobusowy, odwróciłam się i zobaczyłam… wstęp do następnego dnia.


 Tak, jutro czeka mnie wielkie zwiedzanie – czyli samotna wycieczka po centrum. Ale o tym już w następnej relacji - co każdy turysta zobaczyć powinien i dlaczego indywidualne wyprawy są lepsze niż zorganizowane wycieczki.

7 komentarzy:

  1. Super relacja i cudne spotkanie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) dziękuję :) Ja uwielbiam poznawać ludzi i nowe miejsca! :)

      Usuń
  2. No cóż...
    Twoja relacja jest tak wciągająca, że oczami wyobraźni widzi się te miejsca... a fotki... :) dopełniają ten obraz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100% wciągająca . super Asia , pozdrawiam:)
      ,

      Usuń
  3. Fotki są boskie... Marzę o tym, by tam kiedyś pojechać :)
    Pozdrawiam,
    Sol

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję - już wkrótce kolejna relacja. Warto, naprawdę warto zobaczyć Londyn :)

      Usuń