sobota, 8 czerwca 2013

Londyn. Miasto pełne kontrastów. Pierwsze spotkanie

Mój wyjazd do Londynu stał się faktem w przeciągu 5 minut. To była najszybciej podjęta decyzja w moim życiu. I jeśli chodzi o spełnianie marzeń, to właśnie tak powinno się takie decyzje podejmować. Gdybym zaczęła się zastanawiać, rozważać wszelkie za i przeciw to... kolejne marzenie odpłynęłoby w siną dal z tak naprawdę niczym nieuzasadnionych powodów. 
No ale stało się. Lecę do Londynu! Lecę... o rany, pierwszy raz w życiu, ale postanowiłam nie pytać, nie czytać tylko sama poznać te niesamowite doznania.
Londyn i generalnie cała Wielka Brytania są na mojej liście miejsc, które chcę zobaczyć od bardzo, bardzo dawna. Dlatego tym bardziej cieszyła mnie perspektywa, że spełni się moje malutkie marzenie. Oczywiście znacie mnie i wiecie, że taka wyprawa nie miałaby sensu gdybym nie mogła robić zdjęć. I tu dziękuję firmie Olympus za użyczenie wspaniałego aparatu OM-D E-M5 z obiektywem M. Zuiko Digital ED 12-50 mm 1:3.5 - 6.3. To naprawdę niesamowity sprzęt, praca z nim to sama przyjemność. Radzi sobie wszędzie i o każdej porze dnia a dodatkowe uszczelnienia chronią go przed naprawdę ekstremalnymi warunkami pogodowymi - o co w Wielkiej Brytanii nie jest trudno. Zresztą napiszę o tym w kolejnych częściach mojej relacji. Wspomnę jeszcze tylko, że dopiero w Londynie mogłam tak naprawdę zapoznać się z OM-D i wypróbować jego możliwości.
Wszystko więc działo się "pierwszy raz": Londyn, lot samolotem, aparat... Nic więc dziwnego, że kilka nocy skończyło się bezsennie :)
No ale w końcu jesteśmy na lotnisku w Bydgoszczy. Pogoda w miarę - wietrznie, ale ciepło i słonecznie. Pierwsza odprawa za nami. Siedzimy i czekamy, bo samolot jeszcze nie wylądował. Ludzie się zbierają, robi się kolejka. Siedzę i patrzę i się zastanawiam, po co? czy nie można w spokoju poczekać, tylko stresować siebie i innych? No ale cóż, widocznie taka jest ludzka natura. 
W końcu jest! Wylądował, patrzę przez okno jak wysypują się z niego pasażerowie, jak wyładowują i przewożą bagaże. Za chwilę ja się znajdę w środku. O już, siedzę w fotelu. Silniki pracują, stewardessy pomagają pasażerom w przygotowaniu do lotu. W końcu rusza, ustawia sie na pasie i ... o rany! To uczucie jest po prostu niesamowite! Prędkość, która wbija w fotel i nagle wszystko odpływa, robi się malutkie, a samolot otaczają mleczne chmury. Kiedy już wzlecieliśmy nad pułap chmur moim oczom ukazał się widok... po prostu niebiański! O tak, podoba mi się.


Po ok. 2 godzinach lądujemy w Stansted. Lotnisko jest naprawdę wielkie. Hale odpraw, schody w górę, schody w dół, okienka, kolejki, bagaż. Nareszcie! Jesteśmy już przed budynkiem. Czekamy na kierowcę, który miał po nas przyjechać. Niebo jest czarne od ciężkich chmur. No tak - pomyślałam - witaj Anglio!
W końcu przyjechał po nas kierowca, zapakowaliśmy się do auta i ruszamy, bo Stansted znajduje się około 50 km od Londynu. Po drodze zaczyna lać, tak mocno, że nie widać kompletnie nic. Po chwili wychodzi ostre słońce. No ale w końcu mogę się przyjrzeć lewostronnemu ruchowi i porobić trochę zdjęć przez szybę auta. 



Ruch lewostronny. Hmmm... niby po pierwszym wrażeniu nie zwraca się już uwagi, ale... do momentu pojawienia się ronda czy skrzyżowania. Można doznać lekkiego szoku.
Przejeżdżając przez most w oddali zauważyłam budynki  Canary Wharf. Robią wrażenie - nawet z takiej odległości. 


Po chwili wjechaliśmy w typową zabudowę przedmieść Londynu. Domki, które zawsze będą mi się kojarzyły z Anglią.


W końcu jesteśmy na miejscu. Słońce świeci, zrobiło się całkiem przyjemnie, więc po krótkim odpoczynku idziemy na spacer do parku i nad pobliski kanał Lea River. Urocze miejsce, cisza, spokój.Ktoś tam gra w piłkę, mnóstwo ludzi jeździ na rowerach, a my idziemy zobaczyć koniki. 
Niestety koniki chyba się schowały przed deszczem, został tylko sznurek i napis "Prosimy nie karmić koni". W drodze powrotnej z daleka zobaczyłam czerwony obiekt. Byłam święcie przekonana, że to hydrant. Hydrant okazał się jednak skrzynką pocztową :)







Wieczorem trzeba było skosztować angielskiego smaku, na który się uparłam odmawiając polskiego piwa. No chyba nie pojechałam do Anglii by pić polski browar.


Następnego dnia obudził nas deszcz. Byłam zawiedziona, bo chciałam zobaczyć jak najwięcej, a taka pogoda niestety skutecznie potrafiła przywiązać do fotela nawet największego twardziela. Nasi gospodarze poszli do pracy, a my pomimo deszczu jednak wybraliśmy się by choć trochę zobaczyć pobliskie ulice.
No i oczywiście czerwony "double-decker", charakterystyczny symbol Londynu. Z bliska wygląda jeszcze lepiej niż na zdjęciach. Już nie mogłam się doczekać przejażdżki nim.


Przestało padać, więc poszliśmy główną ulicą przed siebie. Widoki trochę się mieszały z tym co miałam w głowie. Nie wszędzie były czyściutkie ulice, zadbane ogródki i domy. Większość wyglądała niezbyt reprezentacyjnie, no ale jak to każde miasto - także i Londyn ma swoje rożne oblicza, niekoniecznie różowe i słoneczne.



Zaczęło znowu lać, więc ruszyliśmy do domu, po drodze znajdując turecki sklep z polskimi produktami. jak się później okazało właśnie te nasze rodzime produkty w sklepie prowadzonym przez Turka są o wiele tańsze niż w sklepie polskim. Ciekawe dlaczego...?
Turecki sklep okazał się naprawdę doskonale zaopatrzony - dosłownie we wszystko, a ceny były konkurencyjne nawet z sąsiadującym marketem Tesco.


Jak już napisałam zaczęło lać, więc wróciliśmy do domu przygotować obiad, a wieczorem czekało nas spotkanie ze znajomym, którego nie widzieliśmy już jakieś 18 lat...
W następnej części - w końcu słoneczny spacer nad kanałem i wyprawa do Camden.

10 komentarzy:

  1. Super! Czekam na kolejne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba :) Postaram się zrobić kolejne wpisy jak najszybciej :)

      Usuń
  2. Super relacja, czekam na dalsze części :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Extra Asiu :)
    Świetnie piszesz !
    Lukas

    OdpowiedzUsuń
  4. tez czekam na nastepna czesc ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Hmmm... :)
    Ja Cię nie chwalę, Ty po prostu masz talent :)
    Relacja, a właściwie fotorelacja jest świetna. Dawkujesz napięcie, ale czy faktycznie!? Nie, Ty po prostu piszesz o wszystkim, nie wybielając i nie upiększając. Dzielisz się z nami swoimi spostrzeżeniami i tym, co zwróciło Twoją uwagę. To dobrze świadczy o Tobie, o Twojej wrażliwości i umiejętności spostrzegania szczegółów. Potrafisz je ciekawie opisać i podać czytelnikowi. Twój świat i nowo odkrywane miejsca. Świat widziany Twoimi oczami i obiektywem aparatu :)
    Jestem bardzo ciekawy kolejnych części Twojego opisu i zdjęć. Mam nadzieję, że relacja i zdjęcia (a właściwie jestem tego pewien) nie będą dotyczyć tylko Londynu, który wszyscy znamy ale będą tam również takie perełki, obok których przeciętny turysta przechodzi obojętnie, nie dostrzegając ich. Czy to będzie magiczny Londyn? Czy magia będzie zapisana w zdjęciach? Czekam niecierpliwie na kolejne części... :) >Władek<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o dziękuję :) aż się zaczerwieniłam :)

      Usuń